„Owocem ciszy jest modlitwa. Owocem modlitwy jest wiara. Owocem wiary jest miłość. Owocem miłości jest służba. Owocem służby jest pokój. ” –  Matka Teresa z Kalkuty

Naszą misją jest służenie drugiemu człowiekowi z pełnym oddaniem i całym sercem. Z biegiem lat sukcesywnie rozszerzamy pole naszej działalności i żywimy szczerą nadzieję, że jakość naszych działań staje się coraz wyższa.

Pomóżcie – wołał Ojciec święty do wszystkich ludzi dobrej woli, a także do każdego z nas – w moralnym odradzaniu współczesnego świata. Pomóżcie – wzywał nas – przede wszystkim przez świadectwo swojego chrześcijańskiego życia. Bądźcie żywymi argumentami na istnienie Miłosiernego Boga. Bądźcie dynamicznymi znakami Jego obecności we współczesnym świecie. Bóg potrzebuje waszych serc, umysłów, rąk i ust, aby czynić dobro”.

W świecie gonitwy za dobrami materialnymi troska i otwarcie na drugiego człowieka, wrażliwość na cudzą krzywdę są wartościami, którym służymy całym sercem.

List do przyjaciela – Urszula Bławat

Witaj, kiedyś prosiłeś, żeby napisać Ci to, czym żyję, co jest istotą mojej pracy w hospicjum? Pytałeś, czym różni się moja praca od pracy pielęgniarki w oddziałach szpitalnych, w przychodni… To niełatwe zadanie, ale chcę uczciwie, prawdziwie, dogłębnie, napisać Ci o tym. Pytałeś, kim jest mój pacjent? On w hospicjum jest najważniejszy. On, i jego kruche życie. Człowiek, który jest podmiotem naszych działań, człowiek, którego traktujemy holistycznie, czyli całościowo, szanując i dostrzegając jego cielesno – duchową jedność. I pamiętając, i powtarzając sobie codziennie, że duchowość to najgłębszy wymiar człowieczeństwa. Dlatego naszą główną powinnością wobec człowieka umierającego jest towarzyszenie. 

I o barwach tego towarzyszenia chcę Ci dziś powiedzieć. I o obecności, która w terapii jest najważniejsza. O takiej niezwykłej obecności, pełnej dyskrecji i delikatności. Pozwól, że poprowadzę Cię od progu hospicjum.

Wyobraź sobie człowieka, przekraczającego drzwi  naszego domu – Spotykasz człowieka, otulonego wszechogarniającym bólem, lękiem, nieraz niepogodzonego z Bogiem i bliskimi.  Różnobarwne historie.

I Ty wtedy mówisz do pacjenta:  swoją postawą, gestem, słowem, milczeniem, spojrzeniem: jestem przy Tobie. Dostrzegam Cię. I czuwam. Nie lękaj się. Jestem z Tobą. I cicho powtarzasz: Ty też jesteś moim przewodnikiem. Pamiętam  taką prawdę: to chory najlepiej wie, co go boli, i jak go boli. Pacjent mówi – milcząc. My dostrzegamy te werbalne i bezsłowne oznaki bólu i cierpienia. I trwamy.  Oceniamy stan pacjenta, poznajemy jego oczekiwania. Diagnozujemy  możliwości jego i jego rodziny. Wiesz, aspekty medyczne wywiadu z rodziną, procedury –  nie będę Ci dziś  przedstawiać. Ale zwrócę Twoją uwagę na inne aspekty –  witam się!, przedstawiam, biorę  za rękę – wiesz, to taki gest – ludzki życzliwy gest  do pani Marii, pana Jana… nie do babci, dziadka, tatusia… Bo każdy człowiek ma swoje imię… I dostrzegam współcierpiącą rodzinę. W hospicjum namiastka domu, gdzie obowiązują pewne prawa, obowiązki i zasady. Rodzina i pacjent muszą je znać. Okazuję ludzkie zainteresowanie, czy nie podać coś do picia…, czy w czymś pomóc, czy coś wskazać? To się równa: jestem i czuwam. Jestem do waszej dyspozycji. Poprowadzę. I przeprowadzę… Pytasz, skąd to wiem? Ciągle się uczę. I wiem, że hasło: choroba nowotworowa to tylko wierzchołek góry lodowej, mniej ważna informacja. 

Wiem, że za „JA” pacjenta kryje się wiele – co on myśli, czuje, przeżywa, w jakiej jest sytuacji rodzinnej, społecznej, materialnej, jaka jest jego relacja do kościoła, wiary, sakramentów, na jakim jest etapie choroby nowotworowej i relacji do niej, kim jest  jako człowiek, jak on żył, cała jego przeszłość, zrealizowane plany i niespełnione marzenia…

 Pielęgniarka, która podczas pobytu w hospicjum jest najdłużej z pacjentem, poznaje go, rozumie, wspiera, towarzyszy, dzieli cierpienie i  wspólnie je dźwiga – milczącą obecnością, słowem, pomocą pielęgniarską – jest  nie tylko blisko łóżka pacjenta, ale też blisko jego problemów, blisko tego, co go boli…

Pielęgniarka zaprasza pacjenta, traktując go jak gościa, wiesz, my udzielamy takiej gościny przyjmując go, otwieramy  serca, pokazujemy , że w moim sercu jest miejsce dla niego, że daje mu schronienie… I wiem, że w sercu pacjenta jest miejsce dla wybranej osoby z personelu.

Pewnie powiesz po przeczytaniu tego fragmentu listu, czy to możliwe?  Powiem Ci jeszcze większe słowa, które brzmią mi w uszach, szczególnie wtedy, gdy pytam o sens: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, mnieście uczynili… 

Zwróć, proszę, uwagę, na tę liczbę mnogą. My, pielęgniarki w hospicjum, nie pracujemy same. Jesteśmy częścią zespołu hospicyjnego, do którego zalicza się, oprócz chorego, lekarz, rehabilitant, ksiądz, pracownik socjalny, psycholog, sekretarka medyczna. Stanowimy z pacjentem i jego bliskimi wielką rodzinę hospicyjną, znamy swoje  kompetencje, organizację pracy, relacje, współpracę, rozumienie misji…,  nie pracujemy solo, w zespole nie ma umniejszania kogokolwiek, każdy ma tam swój udział, rolę, zadania.  Pielęgniarka jest cząstką niezastąpioną wielkiej całości, wspólnoty hospicyjnej.

W zespole wspieramy się wzajemnie, jesteśmy razem, czy to wtedy, gdy ciężko pracujemy przy toaletach chorych, czy w czasie spotkań w dyżurce pielęgniarskiej, czy przy wspólnym posiłku. Łagodzimy stres, umacniamy się wzajemnie, aby iść dalej, aby służyć choremu i jego rodzinie.

Przypominam sobie Twoje pytanie: jaka ona jest czy powinna być, ona – pielęgniarka? Powiem tak: 

– ona przegląda się w lustrze prawdy, zna siebie, swoje mocne i słabe strony,

–  powiedzą o niej: dobry człowiek, ona jest cierpliwa – bo i  miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…

– rzetelna, uczciwa, radosna, odpowiedzialna, skuteczna, przygotowana merytorycznie, – dobry dydaktyk, uczy rodzinę sztuki życia z chorym hospicyjnym, otwarta na zmiany, ucząca się nieustannie,

– ale też szkoląca innych, prezentująca dobre praktyki pracy w hospicjum, dzieląca się doświadczeniem i wiedzą z  na szkoleniach wewnętrznych, jest inspiratorem zmian, pedagogiem, czyli kimś, kto pełen radości prowadzi za rękę, 

– empatyczna, budząca zaufanie, komunikatywna, pielęgniarka…. słucha aktywnie – milcząc,

– jest przygotowana do prowadzenia rozmów o życiu, jego sensie, o śmierci, umieraniu, cierpieniu, – ale i potrafiąca z pokorą cicho powiedzieć: nie umiem pani/ panu odpowiedzieć na to pytanie. 

– silna duchem i ciałem – umie pracować w zespole, nie poddaje się mimo przeciwności, – nie sądzi innych, nie pamięta złego…, przebacza, obdarzona darem zapominania… Bo i  miłość nie pamięta złego…

– opanowana, życzliwa, pogodna, konsekwentna, dokładna, spostrzegawcza, szybko reaguje w sytuacji trudnej, pielęgniarka… w hospicjum jest ekspertem, profesjonalistą, pełna kompetencji, zobaczysz, jakim wyzwaniom i zadaniom musi sprostać!

– ludzka, naturalna, „domowa”, 

– ma poczucie humoru, dystans, dobry organizator pracy, 

– cechuje ją pokój wewnętrzny, delikatność, łagodność, szacunek dla drugiego człowieka, wrażliwość…

– a także szacunek dla jego ciała – żywego czy po śmierci… 

Już słyszę Twoje kolejne pytania… I powątpiewanie, czy to możliwe? Tak, możliwe, jeżeli ona  pracuje nad własnym rozwojem, wychowuje siebie, i wie, że może zmienić … tylko siebie czy swój sposób myślenia. Wiesz, jeśli ona wymaga od siebie, i inni to widzą,  to wtedy ma prawo wymagać od innych!

Dorzucę Ci jeszcze do listy wymienionych określeń 2 szczególne cechy, określenia charakterystyczne… Po pierwsze:  że  pielęgniarka jest… towarzyszem w drodze, pamiętająca, że: „Jedni drugich brzemiona noście…” Ona towarzyszy tam, gdzie śmiech, choć nieraz przez łzy…, w ogrodzie czy  przy wszystkich innych  pracach opiekuńczo – pielęgnacyjnych.  Pielęgniarka  towarzyszy kapłanowi podczas udzielania sakramentu chorych, a także rodzinie,  swoją bliską, duchową i fizyczną obecnością wie, że niesie jej pomoc, a to trwanie rodzinę  umacnia;  przyjmuje nieraz na siebie ból umierania pacjenta, dostrzegając łzy w jego oczach, w tej tajemniczej chwili z ulgą przyjmuje częste pogodzenie się chorego  ze śmiercią, zarówno chorego, jak i jego rodziny. I w końcu  towarzyszy – jako współpielgrzym w drodze do domu Ojca, towarzyszy, pomagając pacjentowi dobrze żyć, aż do końca, do godnej śmierci… i przeprowadzić go, z Bożą pomocą, łagodnie, na drugi brzeg, towarzyszy w życiu i w śmierci, w radości życia i bólu rozstania, aż po drzwi pokoju pro mortem… 

Po drugie: Pielęgniarka… podająca dłoń, lecząca dotykiem, gestem, obecnością… milczącą,  akceptacją, prowadząca chorego za rękę – dosłownie i w przenośni,  pacjentowi, który nie ma rodziny powie: nie jesteś sam; to ona, pracując 24 godziny na dobę, pierwsza obserwuje, przyjmuje, reaguje na zgłaszane dolegliwości, przyjmuje informacje o BÓLU wszechogarniającym, i prosi zespół o pomoc…, wie, że pacjentowi można pomóc przez obecność, trwanie, czuwanie, towarzyszenie. Nie od dziś wiadomo, że choremu pobudzonemu psychoruchowo lęk łagodzi życzliwa  obecność drugiego człowieka.

Posłuchaj, teraz musisz przygotować się na trudne tematy, mnie też nie jest łatwo pisać, ale to, co teraz przeczytasz, jest nierozerwalnie związane z moją pracą, jest jej integralną częścią… Napiszę Ci troszeczkę o życiu i umieraniu moich pacjentów. Pielęgniarka wie, że nie ma „dobrego” wieku na umieranie. Łatwiej nam przyjąć śmierć osoby starszej, trudniej, gdy umierała 20. letnia Kasia z guzem mózgu, przed chwilą sama czytająca książki, potem ja przejęłam to zadanie,  gdy ona mogła już tylko słuchać. Pamiętam jej piękne, pełne wdzięczności oczy, uśmiech, pogodę ducha, rozbrajającą informację przy kolejnych wkłuciach – to nic nie boli…

 Nieraz pielęgniarka chce „uciec” od chorego, od jego problemów, walczy ze sobą, ze złymi emocjami, z lękiem, poczuciem niemocy i opuszczenia – umiera jej pacjent, a ona sama pełna cierpienia musi udzielić wsparcia innym… Inna rola, inne zadania, jakie to trudne! Pielęgniarka rozumie rozczarowanie, a nieraz krzyk rodziny o diagnostykę i leczenie ich bliskiego, przyjmuje też na siebie zarzuty o nieskuteczności leczenia, dźwiga ciężar osądzania, niezrozumienia. Ona wie, że faza buntu jest udziałem rodziny. I jest z nimi! Ona swoją bliską, duchową i  fizyczną obecnością wspiera w najtrudniejszych chwilach rodzinę,  a w efekcie, potem  dostrzegając jej wyciszenie i ukojenie. Wie, że  dla rodziny ważne, że byli przy śmierci bliskiego, że otrzymali wsparcie, że chory nie był sam, że nie cierpiał, że godnie umierał. Także dzieli  trud, ból cierpiącej rodziny, szczególnie wtedy, gdy ich bliski odszedł nagle, gdy ich przy tym nie było.  Wiesz, że nieraz doświadczamy niesamowitego faktu. Chory, powiązany niewidzialną nicią z personelem Hospicjum, nieraz czeka na tę wybraną osobę, żeby przy niej umrzeć…Często tą wybraną jest pielęgniarka.

Pielęgniarka „słyszy” bezgłośne wołanie pacjenta o rozmowę, spowiedź; wie, że sfera duchowa odegra za chwilę decydującą rolę. To ważny czas, którego nie można przegapić! Współpracuje z osobą duchowną, z kapelanem hospicjum, znając uwarunkowania i aspekty przygotowania pacjenta na spotkanie z Panem.

I wiesz…

 Pielęgniarka… modli się …pełna ufności wierzy w życie wieczne.

Nieraz sama szuka lekarstwa na brak nadziei, samotność, bezsens pracy przy chorym umierającym, szuka lekarstwa na chorą rodzinę pacjenta, na brak pogodzenia się ze śmiercią i umieraniem. Ona musi mieć siłę, by modlić się z pacjentem, lub sama, cicho, przy jego łóżku odmawiać różaniec… Fizyczny kontakt daje znać choremu w agonii, że jesteśmy przy nim, że swoją obecnością wyrażamy szacunek dla jego godności…  

Ona musi mieć siłę, by zainicjować modlitwę, przy zapalonej gromnicy, gdy chory gaśnie, a rodzina w tej trudnej sytuacji bezradna.

Ona dostrzega, jak osoby głęboko wierzące odchodzą z wielką godnością, chociaż po przejściu kolejnych etapów umierania.

Pacjent po śmierci trafia do pokoju pro morte. 

To jest czas dla rodziny, która może pożegnać się z bliską, ukochaną osobą, nie przeszkadzamy w tej intymnej, osobistej relacji. 

Wiesz, potem też się modlimy, 1 x w miesiącu uczestniczymy we mszach szczególnych, modląc się za tych, którzy odeszli, zmarli w ostatnim miesiącu… szczególna wspólnota modlitewna, gdzie jesteśmy złączeni więzią z nimi i w życiu, i po śmierci. Za świętym Janem Pawłem II wierzymy, że oni nas strzegą, chronią i wspierają. Nieraz przebija ta wielka, świetlana myśl: przecież ta praca w Hospicjum to szczególny  przywilej pracy i towarzyszenie chorym cierpiącym i umierającym, ich rodzinom – to pomaganie jakby Bogu samemu…! 

Przypomniało mi się, właśnie przy pisaniu tego fragmentu listu – spytałeś kiedyś, jak Ty dajesz sobie radę, jak Ty możesz normalnie funkcjonować w codzienności, czy to możliwe? 

Wiesz, nie odpowiem 1 zdaniem. Muszę rozwinąć ten wątek. Posłuchaj,

pielęgniarka… musi OD – POCZĄĆ, czyli począć się na nowo do pracy w Hospicjum, musi umieć się zrelaksować, nauczyć się odpoczywać, poznać własne sposoby radzenia sobie ze stresem, mądrze żyć! Swoim życiem, swojej rodziny, nie zaniedbywać przyjaciół… Musi umieć OD – POCZĄĆ od pracy, pacjenta, jego rodziny,  i od ich prób leczenia chorego, od nieraz trudnych, nabrzmiałych pretensjami relacji z rodziną, a nawet odpocząć od współpracowników, zdystansować się  – aby żyć własnym życiem, choćbyśmy czuli się N-I-E-Z-A-S-T-Ą-P-I-E-N-I,  i na nowo, od początku, wracać do hospicjum!  

A poza tym pamiętaj, tu słyszę moją hospicyjną koleżankę, – módl się tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga,  – to prawda głęboka, ale pracuj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie! 

Pamiętam o sakramentach świętych, regularnie uczestniczę w niedzielnej Mszy świętej, spotykam się z bliskimi, z przyjaciółmi, którzy wspólnie ze mną uniosą to brzemię życia i pracy w hospicjum. 

Pamiętasz, nieraz powtarzałam Tobie i sobie codziennie, słysząc nieraz Twój łagodny protest: pokory:

Po pierwsze: jesteśmy arcydziełem Boga,  i po drugie: Chwałą Boga jest człowiek żyjący! To pomaga dalej żyć i cieszyć się życiem, i służyć.

Poza tym jest wiele chwil w Hospicjum, które Cię uwznioślają, dodają skrzydeł, uczą, prowadzą. 

Prosisz o przykłady? Oto one.

 – chory i praca w hospicjum pozwala pielęgniarce przewartościować cele, problemy, dokonać hierarchizacji tego, co ważne, pierwsze, a co okazuje się niczym w obliczu śmierci i umierania,

– pielęgniarka bardziej rozumie wartość życia,  jego kruchość, uczy się, jak pielęgnować własne zdrowie i życie, jak dostrzegać i doceniać jego niepowtarzalne piękno i przemijanie,

– sam pacjent, jak Ci już wcześniej wspominałam,  mimo cierpienia, bólu,  obdarza słowem, uśmiechem, wzrokiem, obdarowuje obecnością, on sam jest nieraz dla nas przewodnikiem w cierpieniu, mówi mi, jak znosić ból, jest dla mnie przykładem  głębokiej wiary i ufności Bogu. On Jemu zawierzył. A ja …. I tu jest czas i miejsce na spotkanie z sobą samym, na refleksje, na zmianę…, na przyznanie się do winy…

Poza tym, to, co mnie trzyma niewidzialną nicią z Hospicjum, – to, co mi daje siłę, to rodzina pacjenta, która po śmierci bliskiego, nieraz przez długie lata uczestniczy we wspólnych mszach świętych, część z nich zostaje wolontariuszami w hospicjum,

–  a część z tych rodzin, to dziś nasi przyjaciele… Słuchaj, to wszystko buduje i podtrzymuje! Umożliwia  życie. I dalszy rozwój.

Nieraz, w gronie pielęgniarek, nie unikamy tematów, dotyczących nas samych, a nieraz nawet pozornie bierne  przysłuchiwanie się rozmowom jest pytaniem, zadanym potem samej sobie. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w drodze.  W nas  samych mogą być lęki, problemy wewnętrzne, zranienia , konflikty, nieumiejętność kontaktu z innymi, niezrozumienie zespołu, lęki nieumiejętności, że sobie nie poradzę… 

Że daleko nam do ideału. Ale wiemy, jak do niego dążyć, co zmienić, ulepszyć, poprawić… Wiemy, że zmienić możemy tylko siebie… Wcześniej o tym wspominałam, jeśli powtarzam niektóre wątki, to dlatego, że są ważne w życiu, w pracy, no i wiesz, powtarzanie jest matką wiedzy! 

Nauczyłyśmy się żyć  teraźniejszością, dniem dzisiejszym, wyciągając wnioski z wczoraj, którego nie zmienimy. Jutro nie wiadome. Wiele z nas ma poczucie posłannictwa, powołania, zadania życiowego do spełnienia… I mając poczucie humoru, mądrość i inteligencję, podtrzymujemy się wzajemnie  pełną nadziei myślą: przecież ja też jestem powołana do świętości, a nie do świętego spokoju! Więc muszę  walczyć! 

Jedna z moich hospicyjnych koleżanek powiedziała słowa, które głęboko zapadły mi w pamięci, i wracają do mnie jak bumerang: pracując, trwając w Hospicjum jestem wierna swojemu powołaniu…

 Czy nie łatwiej żyć, jeżeli  jesteś umocniony takim świadectwem? 

Ufam, że nie jesteś znużony czytaniem tego listu. Starałam się przybliżyć Tobie, co jest treścią mojego życia, mojej służby w domu ulgi w cierpieniu. Starałam się bardzo, byś zobaczył nas, pielęgniarki, jako świadków życia, cierpienia i śmierci, gdzie chory i jego rodzina są włączeni od samego początku w przemyślany proces pielęgnacyjny, bez uporczywej terapii, czyniące  świat bardziej ludzkim i przyjaznym.

Wiesz, po napisaniu tego listu  przychodzi mi na myśl taka refleksja, że mogłam Ci napisać krócej, że w hospicjum jestem świadkiem życia, w którym jest miejsce na cierpienie i śmierć.  I że ja jestem radosnym świadkiem DARU BOGA, bo życie jest darem, za który dziękuję Bogu, ale jestem też odpowiedzialna  za życie drugiego człowieka, którego przysłał mi do Hospicjum Bóg!